Siedzi naprzeciwko mnie mężczyzna. Pięćdziesiąt pięć lat, duże, twarde dłonie. Typ człowieka, który od trzydziestu lat trzyma świat na swoich barkach i boi się, że jeśli rozluźni uścisk, wszystko się rozpadnie.
Skończyliśmy sesję. Czas minął, ale on wciąż siedzi. Patrzy gdzieś obok mnie.
— Jeszcze jedna rzecz — mówi w końcu, a jego głos traci zwykłą, szorstką pewność. — Czy ja... czy ja mam prawo tak po prostu być szczęśliwy?
Milczę. Nie po raz pierwszy słyszę to pytanie, ale za każdym razem uderza mnie jego ciężar.
— Ja nawet nie wiem, jak to się robi — dodaje niemal szeptem. — Nikt mi o tym nie mówił. Jak się cieszyć z czegoś, na co przed chwilą nie zapracowałem do upadłego.
Pozwalam ciszy pracować. On patrzy na swoje dłonie, potem na obraz na ścianie. Przypomina sobie dom rodzinny. Ojca, który wierzył w zasadę: „Nie chwal, bo popsujesz". Siebie jako nastolatka, który sam zarabiał na każde buty, bo nic nie było za darmo. Ten cały rygor, w którym przyjemność była słabością.
— Pamięta pan, jak opowiadałem o tym śniadaniu? — pyta nagle.
Pamiętam. Tydzień temu mówił mi o sobotnim poranku. Żona zaproponowała, żeby pojechali do tej małej kawiarni nad jeziorem, tej, którą kiedyś lubił. Pojechali. Siedział przy kawie, patrzył na wodę, a w głowie miał listę: niezałatwione telefony, niedokończona prezentacja, garaż do posprzątania. Wrócił po godzinie. Żona nawet nie pytała dlaczego.
— No i? — pytam.
— No i nic. Siedziałem tam jak na szpilkach. A przecież... przecież to było dokładnie to, czego potrzebowałem. Cisza. Kawa. Jej obecność. Ale ja czułem się, jakbym kradł. Jakby ktoś miał mnie przyłapać na lenistwie.
Znam to uczucie. Widziałem je u wielu ludzi, zwłaszcza u tych, którzy całe życie budowali, ciągnęli, dźwigali. Dla nich chwila bez celu to czas stracony. Przyjemność bez zasługi to coś nieprzyzwoitego.
— A gdyby pan tak pomyślał o tym inaczej? — mówię powoli. — Co by było, gdyby dbanie o siebie nie było nagrodą za ciężką pracę, ale... warunkiem jej wykonywania?
Patrzy na mnie zdziwiony.
— Nie rozumiem.
— Niech pan pomyśli o aucie. Samochód, który pan codziennie eksploatuje, ale nigdy nie zatankuje, nie wymieni oleju, nie pojedzie na przegląd. Co się stanie?
— No... popsuje się.
— Dokładnie. I nagle zamiast mieć sprawne auto, ma pan złom i dwa tygodnie w warsztacie. A pan... — robię pauzę — pan jeździ na oparach od lat.
Milczy. Widzę, jak to do niego dociera. Nie jako gotowa prawda, ale jako pytanie, które zaczyna w nim pracować.
— Wie pan co... — zaczyna po chwili. — W zeszłym miesiącu byłem u lekarza. Ciśnienie. Cholesterol. Kazał mi zwolnić, wypoczywać, ruszać się dla przyjemności, a nie tylko z obowiązku. Wyszedłem ze szpitala i pomyślałem: „Nie mam na to czasu". Jakby moje zdrowie było opcją do rozważenia, a nie fundamentem.
— A teraz?
— Teraz myślę, że jestem idiotą. — Uśmiecha się blado. — Bo jeśli ja się zawalę, to co z tego, że przez trzydzieści lat wszystko trzymałem pod kontrolą?
To jest ten moment, w którym coś pęka. Ta twarda skorupa przekonania, że troska o siebie to słabość.
Opowiadam mu wtedy o innym pacjencie. Mężczyzna w podobnym wieku, podobna historia. Zawał w wieku pięćdziesięciu dwóch lat. Leżał na OIOM-ie i pierwsza myśl, którą miał, brzmiała: „Ile maili się uzbierało". Nie „dobrze, że żyję". Nie „jak się czuje moja rodzina". Tylko maile.
— I co z nim? — pyta.
— Zaczął się uczyć. Powoli. Zaczął od dziesięciu minut dziennie, kiedy robił coś wyłącznie dla siebie. Spacer. Książka. Nic produktywnego. I wie pan co było najtrudniejsze?
— Co?
— Nie znaleźć ten czas. Ale przekonać samego siebie, że ma do tego prawo.
Mój pacjent kiwa głową. Rozumie.
— To jak nauka nowego języka, prawda? — mówi w zamyśleniu. — Trzeba ćwiczyć. Codziennie. I na początku jest sztucznie, nienaturalnie.
— Właśnie tak — przyznaję. — Ale im częściej pan to robi, tym bardziej staje się to częścią pana. Przyjemność nie musi być wielka. To może być poranna kawa wypita w ciszy, a nie połknięta w biegu. Może być wieczorny spacer, podczas którego nie myśli pan o projektach. Może być godzina z książką, którą czyta pan dla samej radości czytania, a nie żeby się czegoś nauczyć.
— Brzmi... dziwnie. — Wzrusza ramionami. — Jakbym miał oszukiwać samego siebie. Wmówić sobie, że nagle mogę tak żyć.
— Nie oszukuje pan nikogo — mówię spokojnie. — Pan po prostu daje sobie to, co daje pan wszystkim innym. Prawo do chwili wytchnienia. Do radości bez uzasadnienia. Pan wie, że każdy człowiek potrzebuje snu, jedzenia, ciepła. Ale jakoś zapomniał pan dopisać do tej listy: potrzebę chwili tylko dla siebie.
Milczy długo. W końcu jego wzrok się zmienia.
— Wie pan... — mówi powoli. — Ja cały czas czekałem, aż ojciec, albo pan, albo ktokolwiek inny zapali mi zielone światło. Myślałem, że muszę dostać pisemną zgodę na to, żeby przestać się zamęczać. A przecież... nikt mi tych drzwi nie zamknął na klucz. To ja sam stałem przed nimi i pilnowałem.
Kiwam głową. Chciałbym powiedzieć, że to takie proste – że wystarczy przestać, odpuścić, pozwolić sobie. Ale wiem, że to kłamstwo. Wiedza to jedno, a przeprogramowanie trzydziestu lat – zupełnie co innego.
— To dziwne — kontynuuje. — Przecież to szczęście... ono nie jest żadną nagrodą. Ono po prostu powinno tam być. Jak tlen. Nie muszę wystawiać faktury za to, że oddycham, prawda?
— A jednak — dodaję cicho — większość życia wystawiał pan sobie faktury za wszystko. Za każdy uśmiech, za każdą chwilę odpoczynku.
— Bo tak mnie nauczono.
— Wiem. I to nie pana wina. Ale teraz ma pan wybór. Może pan żyć dalej według tamtych zasad. Albo może pan zacząć uczyć się nowych.
— Czyli nie potrzebuje pan już mojego pozwolenia? — pytam po chwili.
Patrzy na mnie. Po raz pierwszy widzę u niego cień uśmiechu.
— Nie. To by było bez sensu. Gdyby pan mi na to pozwolił, dalej byłbym tym małym chłopcem, który czeka na pochwałę ojca. A ja... ja po prostu muszę się tego uczyć. Sam przed sobą.
Szkli mu się w oczach. To nie smutek – to ulga.
— Wiem, że to zabrzmi śmiesznie — mówi cicho — ale dziś rano stałem z kubkiem kawy i pomyślałem: co by było, gdybym się nie spieszył? Gdybym po prostu stanął przy oknie i patrzył na ten cholerny świt przez pięć minut? I wie pan co? Stanąłem. Pięć minut. Kawa ostygła, a ja czułem się... nie wiem. Żywy?
To jest to. Ten drobny, banalny gest. Pięć minut z kawą przy oknie. Dla kogoś innego – nic. Dla niego – rewolucja.
— I jak się pan czuł potem?
— Dziwnie. Trochę winnie. Ale też... lżej. Jakbym oddychał pełną piersią pierwszy raz od miesięcy.
Czasem myślę, że dla mężczyzn po pięćdziesiątce to najtrudniejszy moment. Puścić ten żelazny uścisk. Przestać być zakładnikiem surowych wspomnień. Można wybaczyć tamtemu twardemu ojcu – on też pewnie nigdy nie słyszał, że jest dość dobry bez żadnych zasług. Ale najważniejsze jest wybaczenie sobie: za te wszystkie lata w rygorze, za wiarę w kłamstwo.
Bo życie to nie maraton, w którym przyjemność czeka na mecie. Życie to codzienne kroki, z których każdy może nieść odrobinę lekkości – jeśli się na to pozwoli.
Mój pacjent bierze głęboki oddech.
— Ja mogę być szczęśliwy — powtarza do siebie, oswajając to słowo. — Mogę. I zacznę od dzisiaj. Od małych rzeczy.
— Może pan — mówię. — I to pan o tym zdecydował.
Wstaje. W drzwiach odwraca się jeszcze.
— To będzie ciężka praca, prawda?
— Pewnie tak — przyznaję. — Ale inna niż dotychczas. Taka, w której dbanie o siebie nie jest leniсtwem. Tylko warunkiem przetrwania.
Wychodzi. Nie wiem, czy to zadziała. Nie wiem, czy za tydzień nie wróci do starych nawyków, do tego samego pancerza. Ale w tej chwili, właśnie teraz, coś się w nim otworzyło.
A to już jest coś.
Karol Gałkowski
Psychoterapia
Rozwój osobisty Konsultacja
Towarzyszenie Wsparcie
Psychoterapia. Rozwój osobisty. Konsultacja.
Towarzyszenie. Wsparcie.